Wakacje
No i przyszły w końcu ferie. W zeszłym roku niestety nie pojechaliśmy nigdzie, bo akurat pracę zaczynałam, dlatego teraz zachciało się nam czegoś ekstra: objazd po Czarnogórze.
Miałam bardzo intensywne dni przed wyjazdem. Najpierw całodzienne spotkanie/ coaching/ terapia z niezbyt zadowolonym klientem. Nikt nie może się z nimi dogadać, więc ty do nich pojedź - powiedział Rainer. Bałam się, czy dam radę, ale on mnie na szczęście lepiej zna niż ja siebie i poszło bardzo dobrze, mam teraz satysfakcję i czekoladki, które dostałam w podzięce 😄 W ogóle jestem zachwycona moją pracą, bo niby jestem testerem, ale czasem też analitykiem biznesowym, szkoleniowcem, terapeutą. Wszystko się zgadza w tej pracy: zadania, ludzie (tyle razem przeszliśmy, że „przyjaciele“ to za duże słowo, ale jesteśmy sobie bliscy) no i pieniądze.
W sobotę za to płynnie przeszłam do roli kucharki. Trzeba było ugotować coś dla nas, coś na drogę i jeszcze coś dla gości. Goście wprawdzie powiedzieli, że będą jedli obiady w restauracjach, ale ja tyle tego narobiłam, że całkiem niezła uczta nam wyszła z tego w niedzielę. Lubię to gotowanie, próbowanie przepisów, goszczenie ludzi. A ludzie lubią być dobrze karmieni, więc sytuacja win - win.

W końcu jednak ruszyliśmy w drogę do Sarajewa. Długa, bo to ok 11h bez przerw. Trochę się tego obawiałam, ale ani korków nie było, dzieci na tyle duże, że już nie marudzą i koniec końcem udało nam się całość w 12 godzin zrobić i tylko raz zarysować auto (na ostatnim zjeździe z autostrady chorwackiej - kurczę, no nie lubię tego kraju, jak widać z wzajemnością).
W drodze musiałam sobie puścić muzykę z filmu „Little Miss Sunshine“, bo jedziemy też naszą nyską/ żukiem/ suką z trochę dziwną ekipą 😉



Domek mamy świetny, przy centrum, ale na uboczu. Sa drewniane podłogi, stare meble.
Już zachód słońca i zaczyna śpiewać muzein! Wiedziałam, że są tu meczety, ale jakoś zupełnie zapomniałam o tym zwyczaju. Ruszamy więc na spacer. Obok nas browar, meczet i kościół. Wchodzimy w uliczki starego miasta a tam klimat jak w tureckich miastach! I ten zapach! Chyba akurat coś mocno pachnącego kwitnie, ale widzę, że zwyczajowa pamiątka są mydła, perfumy i ludzie przepięknie pachną. Jeszcze przypadkiem natrafiliśmy na miejsce zastrzelenia arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.






Wracamy do domu, a podchodzi do nas malutki kotek no i uparcie idzie za nami. Dalej wychodzą jeszcze dwa, i jeszcze jeden. Miałczą na nas i nie widać ich mamy. Karmie ich pasztetem z naszych zapasów i na szczęście pojawia się mama. Możemy iść spać.


