Stöhrhaus
Nadeszła ostatnia faza przechodzenia na nowy system, 10 krajów, przeważnie z Europy południowo- wschodniej, w tym też Polska, ale żeby było śmieszniej to też Australia. Najpierw robiłam im szybkie szkolenie online, teraz przyszedł czas na spotkanie w realu, w Salzburgu.
Pamiętam jak jechałam do Salzburga pierwszy raz, jakieś 3-4 lata temu. Ależ ja się stresowałam! No bo tylu ludzi, ja sama, po angielsku. A teraz nic, zero stresu, przygotowań, po prostu wychodzę na środek i mówię, pokazuje, uczę. Lubię właśnie ten miks w mojej pracy, że raz siedzę tygodniami w domu i gadam tylko z komputerem, później kogoś uczę, czasem jestem psychologiem. To już dawno wyszło poza ramy bycia testerem.
Spędziłam więc dwa dni na nauczaniu ludzi, po lunchu w piątek pożegnałam się z wszystkim, przebrałam w górskie ciuchy i pojechałam w góry. Tak to sobie sprytnie wymyśliłam, że skoro tak blisko gór jestem, że widać je nawet z okien biura, no to muszę to wykorzystać i gdzieś iść. Padło na Berchtesgadener Hochthron, a raczej schronisko pod szczytem. Trochę mi zajął jeszcze dojazd na parking, bo były jakieś przebudowy, objazdy, wąska droga, ale w końcu dałam radę. Trochę musiałam się spieszyć, bo miałam nie za dużo czasu, a ponad 1100 metrów w górę i gdzieś tam w perspektywie szybko zapadający zmrok.
Na początku sporo idzie się przez las. Dosyć to żmudne, bez specjalnych widoków. Zatrzymałam się na jedną przerwę, żeby zjeść jeszcze bułkę, która mi dali jeszcze w biurze, ale trzeba było ruszać dalej.

Tak w ogóle to pogoda była troche niepewna, cały poprzedni dzień padało, tak samo rano, nad górami kłębiły się chmury, nawet kilka kropel na mnie spadło.
W końcu wyszłam z lasu obok bacówki, patrzę się w górę, a tam chmura? Skala? Tak! Za chmurami pojawiła się tak ogromna ściana skalna, że myślałam, że to tylko tak mi się wydaje. Jeszcze nie wiedziałam, ale tam właśnie musiałam wejść.







Oprócz mnie nikogo nie było na szlaku, zupełna cisza, aż tu patrzę, a tu kozice się na mnie patrzą 😀 Ale spotkanie, w ogóle się nie bały i pozwoliły mi całkiem blisko podejść.

Im wyżej szlam, tym lepsza robiła się pogoda. Chmury się poprzesuwały i jest! Słońce!





Za chwilę następny zachwyt: Watzmann! Ta góra jest tak charakterystyczna, że od razu wiedziałam na co patrzę.

Przede mną było już ostatnie podejście w pięknym słońcu, z co raz lepszymi widokami , w końcu z widokiem na schronisko. Dałam radę przed zachodem słońca i przed zamknięciem kuchni 😄











Coś tam zjadłam, wypiłam, w sali palił się kominek i było przyjemnie ciepło, za oknem jeszcze można było zobaczyć zachód słońca.

Dostałam sale czteroosobową, ale byłam sama. Ogólnie nie za dużo ludzi nocowało, był spokój. Wyciągam śpiwór, koszulkę i gacie merino, skarpety, puchowke, nakryłam się na to wszystko kocem i poszłam spać. Myślałam, że pewnie w nocy zacznę sie rozbierać z tego wszystkiego, ale nie, na zewnątrz temperatura spadła prawie do zera, więc pewnie niewiele więcej było w środku.

Rano bardzo przyjemnie było zejść znowu na dół, do nagrzanej kominkiem sali i wypić gorącą kawę.

Za oknami mleko. Ciężko było rozpoznać, czy to jeszcze noc, czy taka mgła, czy może jakoś strasznie pada. Założyłam tym razem kurtkę przeciwdeszczową i jako pierwsza wyszłam ze schroniska. Padało. Nie za dużo, ale jednak. Cały szczyt w chmurze.





Na szczęście im niżej schodziłam, tym mniej padało. Szłam tak ścieżką w kosodrzewinie i nagle coś wielkiego wypada z niej. Myślałam, że zawału dostanę…! A to grupa kozic była. Jedną skoczyła, a reszta stoi na ścieżce i sie znowu na mnie patrzy. No to ja się na nie patrze, robię zdjęcie, ale w końcu trzeba się ruszyć. Idę trochę, one się płoszą, ale za zakrętem znowu czekają na mnie i mnie obserwują. I tak spory kawałek razem sobie szliśmy.





Na jednej polanie spotykam pierwszych turystów, którzy pną się w górę. Chociaż prognozy na dzisiaj dużo gorsze od wczorajszych, to jednak spotykam kilka osób po drodze. Myślę, że to koniec z kozicami, ale nie. Wpadam na różne grupki co chwila, one jakby przyzwyczajone zupełnie się nie boją.








Jestem już spowrotem, przy bacówce przed wejściem do lasu. Zatrzymuje się na śniadanie, z najlepszym widokiem.

A później już tylko w las, ostatni odcinek zejścia. 10 minut przed parkingiem zaczyna padać, jak dochodzę do auta całkiem mocno już leje. Udało mi się 😌