Rechelkopf
Dużo się u mnie dzieje, ale wszystko pozytywnie, czuję, że żyję! Bo i dzieci do szkoły wróciły i trzeba się trochę inaczej organizować, w pracy trochę nowych obowiązków mam po tym, jak U. poszła na urlop macierzyński, a ja jeszcze dodatkowo jestem częściej potrzebna w biurze jako „tajna broń“, czyli osoba do zadań specjalnych, jak mnie nazywa mój szef (mam z tego dziką satysfakcję!). Do tego wszystkiego przeszłam kuchenne rewolucje i wkręciłam się w wegańskie gotowanie. Zaczęło się od tajwańskiego rosołu pomidorowego z bloga „Jadłonomia“, później było chyba „tofu zmieniające życie“, zorientowałam się, że dziewczyna wie co robi, zna różne techniki kucharskie, tak, że wyciąga 200% smaku z warzyw i kupiłam jej dwie książki. Skończyło się na żurku z selera, curry z kalarepy i buraku z Burgundii. Mam długą listę jej przepisów, które chce wypróbować i co kilka dni gotuje po 2-3 za jednym razem, bo takie warzywne potrawy robi się w mig.
No ale wracając do dzisiejszej wycieczki, to potrzebowałam się trochę przejść w naturze, ale też iść na Mszę, więc połączyłam obie sprawy i poszłam na Mszę w górach. Trochę mam niedosyt, bo to niecałe 700 m w górę było, ale z drugiej strony miałam jeszcze całe popołudnie, żeby się przygotować na nadchodzący tydzień.
Widoki i klimaty takie typowo bawarskie: krowy, łąki, zespół dęciaków na Mszy. Trochę widoków mimo wszystko było i bardzo dużo słońca.







