Mały Tybet
Dzisiaj od rana pełne słońce, ale różnica do poprzednich dni! Pojechaliśmy w odległą dolinę, a na jej końcu odbiliśmy jeszcze dalej, do następnej. Takim oto sposobem znaleźliśmy się na końcu świata. A stamtąd szła już droga do Jagdhausalmen, czyli najstarszych w Austrii, bo aż ponad 800-letnich (!) bacówek. Kiedyś Była tu wioska, ale dosyć szybko zamieniło się to miejsce na sezonowe. Droga jest łatwa, ale długa. Następna przełęcz już jest na granicy z Włochami. Czuć klimat wysokogórski (ponad 2000 m), słońce pali, chociaż nie jest gorąco, wzdłuż drogi ciągną się murki z zebranych na polach kamieni. Wszystko razem rzeczywiście robi himalajsko- tybetański nastrój.
Na samym początku zobaczyliśmy kilka świstaków w oddali, później było je tylko słychać. Mijali nas ludzie na rowerach elektrycznych, ale ogólnie był spokój, chociaż to sobota.



Wioska zrobiła na mnie ogromne wrażenie, taka podróż w czasie i przestrzeni. W jednej chatce działa knajpka z bardzo lokalnym, pysznym jedzeniem. W niektórych pozostałych jeszcze do dzisiaj się coś dzieje, są chorowanie krowy, kozy, niskie koniki. Jest nawet kościółek.













Powyżej wioski „pawie oko“ - bardzo okrągły staw porośnięty trawami.

W drodze powrotnej słońce bardzo szybko zaczęło się chować za wysokimi górami, momentalnie zrobiło się dużo chłodniej, chociaż to wczesne popołudnie dopiero było. Ciekawe, surowe miejsce.













