Make life harder - edycja Lofer

Make life harder - edycja Lofer

Wyszukałam następny biwak w górach i musiałam jechać go przetestować. W necie bardzo mało informacji, jedno zdjęcie z zewnątrz, w ogóle nie było wiadomo na co się szykować. 

Po tygodniowym świętowaniu bierzmowania Macieja musiałam sobie zrobić przerwę, a takie miejsca są najlepsze. Wstałam z samego rana i pojechałam do St. Martin bei Lofer. Żeby zacząć szlak można by było podjechać jeszcze trochę wyżej, do Maria Kirchental, ale prowadzi tam jakaś prywatna droga, nie wiedziałam, czy można parkować tam przez noc, więc poszukałam miejsca na dole i ruszyłam drogą pielgrzymkową w stronę kościoła. Droga ładna, przez las, przy kapliczkach, ale ciągle stromo pod górę. I to się w zasadzie nie zmienia w ciągu całej wycieczki wyłączając kilkaset metrów przed kościołem. 

Po jakiejś pół godzini byłam już u góry i widok jest po prostu fantastyczny, miejsce ma klimat jakby czas się tam zatrzymał przed wiekami. W zasadzie jest to prawda, bo jest kościół i kilka budynków, wszystko zachowane tak jak było przed 350 laty.

Weszłam do środka trochę odpocząć i pozwiedzać. Jest to miejsce pielgrzymkowe, w ołtarzu cudowna figura Matki Boskiej, a na ścianach obrazki wotywne. Nawet z tyłu ołtarza są powieszone! Niektóre stare, inne całkiem nowe. W jakiejś bocznej kaplicy znalazłam katalog z opisami wszystkich obrazków.

Trzeba się było zbierać i iść, bo zaczęło się robić naprawdę ciepło. Napełniłam wszystkie butelki wodą, obeszłam kościół dookoła i weszłam w las. Co to była za droga! Tylko w górę, po kamieniach, które bardziej wyglądały na koryto rzeki niż ścieżkę, przez jakieś błota, skałki, że wspinaniem, no duży wysiłek, szczególnie z tak ciężkim plecakiem. Szło się ciągle przez las, więc widoków w zasadzie nie było.

Gdzieś się zatrzymałam na lunch i szłam tak dalej aż do kosodrzewiny, gdzie las się przerzedzał i zaczęło być widać pierwsze skały. Miało być tam też źródełko według mapy, ale często te źródełka w rzeczywistości to jakieś bagienko, więc bardzo się ucieszyłam, że nie tylko leciała powolutku woda, ale też było korytko pełne zimnej wody! Dolałam sobie wody do butelek, ochlapałam się cała woda i poszłam dalej.

A tam już skałki, trochę się wspinać trzeba było, kombinować jaki następny ruch zrobić. W końcu minęłam też kosodrzewinę i zostały już tylko skały. I jest! Gdzieś tam w oddali zauważyłam chatkę.

W środku wyposażenie de luxe z materacami, kocami, nawet piecyk na drewno był. Zagotowałam wodę, przygotowałam spanie i trochę odpoczęłam. W zasadzie to całkiem sporo czasu miałam tam na podziwianie widoków, bo jednak szybko weszłam w górę. Jak już zjadłam, przebrałam się w cieplejsze ciuchy to przyszła parka wspinaczy. Myślałam, że będą spali, ale oni tylko pozbierali jakieś swoje rzeczy i schodzili do doliny. Zrobiłam sobie wieczorną herbatkę i poszłam jeszcze oglądać zachód słońca i słuchać jak kozice (tzn myślałam, że to kozice) skakała po skałach i zwalają małe lawiny.

Położyłam się spać, a tu drzwi się otwierają i młody chłopak się pyta, czy jest miejsce. Okazało się, że przyszła parka, która pracuje w jakiejś bacówce w okolicy i zrobili sobie taką wycieczkę po pracy. Tylko chwilę pogadaliśmy i wszyscy dosyć wcześnie zasnęliśmy.

Rano oczywiście był piękny wschód słońca. Wymknęłam się po ciuchutku z chaty żeby nie budzić młodych, zrobiłam sobie kawę i oglądałam jak z minuty na minutę zmieniają się cienie i kolory.

Gdzieś tam w oddali słyszę chyba owce, ale myślałam, że to tylko echo z innych dolin się niesie. Patrzę, a one stoją nad samym urwiskiem, ponad stromą ścianą i beczą! Tam nie ma żadnej ścieżki, dzicz totalna, wysokość już ponad 2000 m, a one tam łażą. Dopiero się zdziwiłam, jak jakimś cudem owce zaczęły schodzić z tej ściany i podeszły pod naszą chatkę! Niby się bały, ale co chwila gdzieś się tam pojawiały jak się pakowałam.

Wypiłam ostatnią herbatkę i zaczęłam schodzić, żeby zdążyć na poranną Mszę. Nie wiem, czy wchodzenie, czy schodzenie było gorsze, w każdym razie trzeba było bardzo uważać, żeby gdzieś nie polecieć razem z kamieniami. Przy źródełku znowu się odświeżyłam, zjadłam śniadanie (pasztet Podlaski góra!) i już bez większych przygód zeszłam jakoś na dół.

Msza ładna i zadziwiająco uroczyście odprawiana jak na dzień powszedni: z siostrami, które przygrywały i śpiewała i z księdzem, który nawet kazanie wygłosił.

Zeszłam starą drogą pielgrzymkową do miasteczka, która chyba jest jeszcze bardziej stroma, ale za to biegnie wzdłuż strumyka. 

Na pewno tam wrócę, jak tylko czas pozwoli, bo w drodze do domu dostałam telefon z wiadomością, że mam znowu pracę od poniedziałku. Jak to się udało przy obecnej sytuacji firmy jest dla mnie zagadką.