Make life harder - edycja Karwendel

Make life harder - edycja Karwendel

Wszystko zaczęło się od pomysłu, żeby kiedyś iść w góry zimą i przenocować w Winterraum, bo w schroniskach zawsze są ludzie, jest jedzenie, prąd, ogólnie za łatwo 😀 A w Winterraum jest szansa na to, że będzie się samym i samemu trzeba będzie walczyć i przetrwanie.

No ale tak jakoś miesiąc za miesiącem mijał, były święta, ferie, praca, urodziny i jedyny termin weekendowy pasował nam w środku maja. Trochę późno, a na pewno nie zimowo. Do ostatniej prawie chwili nie wiedziałyśmy czy pojedziemy, bo po tak pięknych dniach przyszło załamanie pogody, zimno i deszcz. Koniec końce zdecydowaliśmy, że jedziemy. 

Zaczęłyśmy wyprawę od obiadu w Lenggries i dostałam tak ogromnego sznycla z frytkami, że aż do następnego rana mi się jeść nie chciało 😅. Wędrówkę zaczęłyśmy w Hinterriss. Niebo zachmurzone, ale nie padało. Na poczętej bardzo łagodna droga wzdłuż wąwozu, później nawet jeszcze szersza szutrowka. Widoki piękne od samego początku.

W pewnym momencie przekroczyłyśmy granicę śniegu i zaczęło być biało. Widać było, że ktoś już przed nami szedł, więc w miarę jak śniegu przybywało można było iść po śladach. W dalszym ciągu szło się do góry, ale po równej drodze. W końcu my skręcałyśmy w prawo, ślady szly w lewo, trzeba było już sobie samemu radzić. Trochę zaczął padać śnieg, ale nie za dużo, zaraz wyszło znowu słońce. Tylko im wyżej wychodziłyśmy, tym więcej śniegu się robiło i już w ogóle ciężko było rozpoznać którędy drogą idzie. Czasem można było zaufać sarence, bo kierowałam się mapą offline i w większości ślady sarenek pokrywały się ze szlakiem. Strasznie dużo różnych śladów zwierząt było, na pewno też zające, jakieś kuny, a reszta to już na ile się wyobraźni ma.

Bardzo powoli się poruszałyśmy do przodu, bo przy takiej ilości śniegu to prawie jak chodzenie po piasku, każdy krok to wysiłek. A do tego nagle przyszła burza śnieżna, ciężko już nie tylko patrzeć na telefon, żeby wiedzieć mniej więcej jak szlak idzie, tylko w ogóle cokolwiek zobaczyć. Wtedy poczułam, że rzeczywiście jesteśmy same gdzieś daleko od cywilizacji zdane na siebie tylko, a wieczór już się zbliżał.

Na całe szczęście burza w końcu ustała a my doszłyśmy pod przełęcz, gdzie ktoś przedeptal śnieg. I to była ogromna ulga wiedzieć, że idzie sie przynajmniej w dobrą stronę.

Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to znaczy, że jednak ktoś będzie w chatce. Okazało się, że tak. Była tam piątka studentów, co okazało się dla nas zbawienne, bo w piecu się paliło, woda była zagrzana i ogólnie musiałyśmy tylko rozłożyć śpiwory, coś zjeść i można było iść spać. A studenci grali jeszcze na gitarze przy blasku pieca.

Pobudka była o piątej (chłopak miał budzik „Der Berg ruft, es ist 5 Uhr“ 😄). No i chociaż starali się być cicho, to wiadomo, że się obudziłyśmy, ale oni szybko się zebrali k już przez szóstą byłyśmy same. Problem był tylko taki, że oni zrobili sobie kawę na swoim palniku, nie rozpalili już w piecu. No to wychodzę najpierw przed chatę, patrzę się na zabójcza panoramę Alp i biorę się za rąbanie drewna 😅 No ciekawie, od razu mi się ciepło zrobiło, chociaż trochę mrozu było. Ale w piecu coś się palić nie chciało, bo nie miałyśmy papieru na podpałkę. Próbowałam jakimiś kawałkami papieru ze śmieci, kartonem i nic. W końcu pogodziłam się z myślą, że kawy nie będzie. Ale patrzymy, leżą jakieś książki, które komus nie chciało się już nosić….. kusi! Wybrałyśmy jedną powieść, otwieramy książkę a tam pierwsze 50 stron już wydartych 😄 No to już bez wyrzutów sumienia pomogłyśmy sobie literatura w rozpalaniu ognia.

Zostało nam już tylko zejście. W cieniu było bardzo zimno, ale w słońcu gorąco, więc pomimo śniegu prawie po kolana mogłyśmy iść w samych koszulkach. Bez burzy, po naszych śladach i w dół szło się już bardzo łatwo i szybko. Na śniegu powstało jeszcze więcej śladów zwierząt, a dwie pary sarenek przebiegły nam drogę.

Już przy aucie, nad rzeką zrobiłyśmy mały piknik i wróciłyśmy do cywilizacji.