Make life harder - edycja Benediktenwand
No i co, przyszła pora, żeby się zebrać w sobie i iść na następną wyprawę. A nie chciało mi się dosyć, po po go live Francji byłam zupełnie wyczerpana, po co jeszcze gdzieś się włóczyć. Ale prawda jest taka, że czeka się te 16 miesięcy zimy na lato, zje się kilka truskawek, pojedzie na jakieś wakacje i już jest wrzesień. Trzeba działać tu i teraz, bo lepiej nie będzie.
Plan był taki, żeby przejść z Lenggries do Kochel ze spaniem w biwaku na Benediktenwand. Najkrótsza droga idzie przez Brauneck, ale tam jest też największy ruch, jeździ kolejka i ogólnie niefajnie. Zdecydowałam się więc wchodzić od strony północnej, przez dolinę, która szlam już jesienią.
Ale od początku: udało nam się spotkać w pociągu do Lenggries, dojechać, znaleść bank i sklep i ruszyć w drogę. Żeby dojść do doliny Längeltal musiałyśmy trochę iść na przełaj. Aplikacja pokazywała mi, że są drogi, ale na początku musiałyśmy przejść przez czyjes podwórko i co chwila były ploty pod prądem dla krów. Raz pomyliłam drogę, ścieżka zanikała, zamieniała się w strumyk, była zagrodzona taśma… wszystko wyglądało na to, że były to dawne ścieżki, a ktoś bardzo nie chce, żeby ich używać. Ale przez ostatnie pastwisko doszłyśmy w końcu do Längental z pięknymi widokami na góry.









Zrobiłyśmy sobie postoj w jedynym otwartym miejscu z jedzeniem. Ale to była bacówka, więc mieli tylko napoje i ciasto. Zjadłyśmy przyniesioną z domu sałatkę, indyka, zakupiłyśmy serniczek i piwo i mogłyśmy iść dalej.



A dalej zaczynało się iść już tak naprawdę pod górę. W jednym momencie przechodzi się nawet nad strumieniem. Ciekawie, ale jeszcze nie niebezpiecznie.


W końcu doszłyśmy do Probstalm i była tam jakaś grupa młodzieży, która pozwoliła nam napełnić wszystkie butelki wodą. Woda i jedzenie to był największy challenge tej wyprawy, bo trzeba było mieć zapas na 24 h. Na dojście na szczyt, na wieczorne zalewanie zupek i herbat, poranną kawę i herbatę i na dojscie do następnego źródła w czasie schodzenia. W sumie miałam przy sobie 4 litry wody i bardzo się cieszyłam, że nie kupiłam sztućców turystycznych ważący 20 gramów zamiast 50, za dwukrotną cenę, bo przy takich warunkach nie ma to zupełnie sensu.


Z mega ciężkimi plecakami ruszyłyśmy dalej. Już było sporo po południu i oprócz taty z dosyć młodym dzieckiem nie mijaliśmy nikogo i rosła dla nas szansa, że w biwaku będziemy same. A ojciec z dzieckiem szedł penie do schroniska, bo ogólnie to taki mały plecaczek mieli.




Doszłyśmy w końcu do miejsca, gdzie w jedną stronę jest droga do schroniska, w drugą na szczyt. No to idziemy na szczyt, a tam od początku wspinaczka z linami 😅 W sumie nawet mi to odpowiadało, bo jakaś odmiana po tylu kilometrach, a biedna Szyszka była tak zmęczona, że chyba zapomniała o lęku wysokości. No i udało nam się przejść całość i wyjść na grań. Zaczął się już zachód słońca i widoki zrobiły się przepiękne.







Gdzieś tam nad kosodrzewina zobaczyłam w końcu szczyt Benediktenwand a na nim ludzi… było za późno, żeby ci ludzie mieli w planie zejście, więc wiedziałam, że na pewno też przyszli tam spać. Podchodzimy bliżej, już prawie pod chatkę, a tam ten ojciec z córeczką! Chatka dosyć mała, jak my się tak w ogóle zmieścimy wszyscy? Ale wchodzimy, a w środku pusto. Okazało się, że wszyscy postanowili spać na zewnątrz. No super, tylko wiatr był taki, że ciężko było na zewnątrz wytrzymać. Ubrałam zamiast krótkich spodenek getry i koszulkę merino, puchowke, a mimo tego nie za bardzo chciało mi się siedzieć na zewnątrz. A tam chłopaki zaczynają rozkładać spiwory w jakimś zagłębieniu, ojciec z córką rozłożyli śpiwory na trawie, przyszli jacyś wspinacze bez niczego (!!!!!) i też legli gdzieś w kosodrzewinie. No byłyśmy w szoku, ale miałyśmy chatkę dla siebie. A raczej drewnianą szope 😀 Ale byłyśmy bardzo zadowolone z faktu, że mamy jakąkolwiek ochronę orzed wiatrem. Rozliczyłyśmy karimaty, śpiwory, zalałyśmy zupki i herbaty wrzątkiem i poszłyśmy oglądać zachód słońca. Bajecznie 😌











Położyłyśmy się spać, zrobiło się ciemno, ale przez szpary widać, że ktoś idzie z latarką. Drzwi się otwierają i chłopak się pyta:
-Są miejsca jeszcze?
-No są, tak ze dwa, może trzy
-Acha, to my zaraz przyjdziemy.
Po czym zamknął drzwi i wszyscy rozłożyli się przy chatce, na zewnątrz! Normalnie jak zwierzęta.
Ale nie była to spokojna noc, bo chłopaki gadali, mi uciekło powietrze z karimaty, a wiatr wiał tak, że go czułam przez śpiwór (!) a leżałam przecież w środku. W prognozach miało być do 70 km/ h i było tak co najmniej. Czekałyśmy kiedy ktoś z zewnątrz już nie da rady i jednak się schroni w środku, ale o dziwo nikt nie przyszedl.
Obudziłyśmy się dosyć rano i było chłodno, ale po gorącej kawie od razu się polepszyło.




Na zewnątrz dalej wietrznie i dosyć zachmurzone niebo, tylko gdzie niegdzie przebijało się słońce. Dzikim ludziom dookoła naturalnie zupełnie to nie przeszkadzało, siedzieli i oglądali wschód słońca. My się pozbierałyśmy i zaczęłysmy schodzić. W porównaniu do poprzedniego dnia było bardzo zimno, nawet zaczęłam żałować, że nie mam czapki. Droga w dół lepsza do schodzenia, ale za to mniej ciekawa. Chyba bardziej męcząca też dla nóg. Trochę musiałyśmy też uciekać przed deszczem, bo chociaż miało padać dopiero wieczorem, to co chwila trochę kropiło i bałyśmy się, że się na dobre rozpada.




W końcu doszłyśmy do cywilizacji, pierwszej Barbórki, gdzie można się było napić i trochę dać odpocząć nogom. Ale ogólnie musiałyśmy się spieszyć, bo pociągi do Monachium jeżdżą z Kochel tylko raz na godzinę, nie chciałyśmy czekać na dworcu bez sensu.

No i udało się! Złapałyśmy pociąg, dojechałyśmy do domu. Dwa dni, 23 km, 1500 metrów przewyższenia 💪 Jestem z nas dumna, marzenie spełnione ☺️