Do tańca i do różańca

Do tańca i do różańca

W tym roku nie pasował nam termin pieszej pielgrzymki do Altötting (ferie), ale za to przypomniałam sobie, że zawsze w maju z Freising idzie pielgrzymka do klasztoru benedyktynów w Scheyern. Odcinek krótszy (trochę ponad 30 km), ale lepsze to niż nic. Jako trening poszłyśmy tylko na jeden dłuższy spacer dookoła Freising i to by było na tyle. 

Tak się złożyło, że dzień wcześniej była Długa Noc Muzyki i chciałyśmy też z tego skorzystać. Już od popołudnia na całym starym mieście grały różne zespoły, byli bembniarze, nad kanałem DJ. A od 20 zaczynały się dodatkowe koncerty w knajpach, w każdej coś innego. Ludzi bardzo dużo, ale atmosfera super. Zaczęłyśmy w Fürtnerbräu, który zawsze przypomina mi krakowskie knajpy ze starych czasów. Później weszłyśmy w zrujnowane podwórko, gdzie dwóch chłopaków dawało elektro/ techno. Nie spodziewałam się tak dobrze przy tym bawić, ale atmosfera była naprawdę fajna, trochę poskakałyśmy. W Café im Hinterhof byłyśmy tylko chwilkę i w końcu dotarłyśmy na Domberg, gdzie na tyłach muzeum bardzo fajnie grał big band covery różnych przebojów. Coś tam wypiłyśmy, pogadałyśmy, ale trzeba było wracać do domu, żeby jeszcze zdążyć się wyspać.

0:00
/0:15

Pobudka była o szóstej i zaraz zupełna zmiana klimatu: powitał nas diakon przed kościołem i udzielił błogosławieństwa na drogę.

No i ruszyliśmy! Każdy dostał śpiewnik i tak na zmianę albo mówiliśmy różaniec, albo śpiewaliśmy. Na początku nie było na za wielu, tak gdzieś 30 osób (na koniec 92, bo ludzie dołączali po drodze). Tempo bylo raczej wolne, ale sporo starszych osób szło. Zatrzymywaliśmy się tak po prostu przy drodze na krótkie przerwy i szliśmy dalej. Szło się ogólnie dobrze, ale im później, tym bardziej gorąco się robiło. Niebo bez chmurki, dobrze, że miałam duży japoński kapelusz przy sobie.

Około południa i po około 15 kilometrach doszliśmy na większy postój z jedzeniem. Szyszka tylko bardzo źle się czuła i zadzwoniła do Krzyśka po ratunek. Za to przybyła Hania 😀

No i ruszyliśmy dalej. Słońce dalej piekło, na szczęście trochę więcej szliśmy przez las. Ja trochę krzyż niosłam, ale mimo wszystko na następną przerwę doszłyśmy mocno spocone. Zjadłyśmy ciasto i mówię do Hani, że idę myć zęby. Ona na to, że najchętniej to by prysznic wzięła. Poszła do łazienki, a tam prysznice! 😀 Jak mogłyśmy, tak się trochę odświeżyłyśmy, ja miałam koszulkę na zmianę i było to super. 

Zostały nam ostatnie 5 km i ten odcinek już nam szybko zleciał. Przed klasztorem była ostatnia górka, ale jak się wdrapalismy to czekał już na nas ojciec benedyktyn. Przywitał nas i razem weszliśmy do kościoła śpiewając „Te Deum“ i było to piękne ☺️

Na Mszę dojechał z Freising dodatkowo diakon i nasz proboszcz. Ten klasztor słynie z relikwii Krzyża Świętego i po Mszy można było indywidualnie podejść i dostać błogosławieństwo tym relikwiarzem.

Do wioski, gdzie stało auto Hani dowiozła nas miłą pani z Freising i tak jakoś udała nam się droga powrotna.

Bardzo spodobała mi się ta pielgrzymka, taka lokalna, ze znajomymi ludźmi (przynajmniej z widzenia), z odległością, która nie przeraża. Chyba pójdę za rok na dwie pielgrzymki 😀