Brecherspitz

Brecherspitz

Mam przerwę w pracy, nikt nie wie jak długa, muszę czekać, aż się znajdzie na mnie budżet. Ale nawet jestem z takiego stanu zadowolona, bo bardzo dużo i intensywnie pracowałam, to było prawdziwe szaleństwo.

Po pierwsze potrzeba mi było złapanie jakiegoś balansu w życiu, więc pierwszego wolnego dnia pojechałam do Sławka, a w następnym w góry. Pogoda ogólnie jest szalona: rano zimno, wygląda jak jesień, w czasie dnia burze i gorąco. Zdecydowałam się na bliska i szybką wycieczkę przy Schliersee, na Brecherspitz. Do wejścia trochę ponad 800 metrów w górę, ale całość poniżej 12 km, więc można spokojne w 4 - 5 godzin zrobić.

Na początek idzie się droga szutrowa przez las, ani bardzo stromo, ani płasko, ale trochę nudno, więc bardzo się cieszyłam, że mogłam sobie w drodze posłuchać podcastu. 

W końcu wychodzi się z lasu, a tam łąki, krowy i bacówka. Zrobiłam sobie tam przerwę na piwo, śniadanie i poszłam dalej.

Od tego momentu robi się ciekawiej i z są piękne widoki na dolinę, a jak wyjdzie się wyżej, to nawet na Schliersee. Pod szczytem wchodzi się w kosodrzewinę, jest nawet trochę jakiś skałek, ale nic dramatycznego. Najbardziej po drodze zdziwiło mnie jednak, że na szlaku są ludzie. Nie tłumy, ale jednak jakiś ludzi mijałam. Dopiero wtedy sobie uświadomiłam, że to pewnie turyści z innych landów, gdzie są już wakacje.

Na szczycie trochę ich było. Ale otwierał się też widok na drugą stronę i było widać Spitzingsee. Zrobiłam krótką przerwę i poszłam dalej. Od tego momentu wycieczka robi się naprawdę ciekawa, bo idzie się wąską grania z przepięknymi widokami na obie strony. W zasadzie to okrąża się dolinę grania, która ja zamyka.

Doszłam do uroczej kapliczki św. Leonarda i zdecydowałam się zejść do równoległej doliny, żeby wracać inną drogą.

Zejście strome na początku, później przez Pastwiska pełne krów, które czasem też chodzą, albo leżą na szlaku 😅 Ostatni postój zrobiłam sobie w Freudenreich Alm, nabrałam wody do butelki i zeszłam w stronę parkingu.

Na sam koniec chciałam jeszcze wskoczyć do jeziora, ale to trzeba gdzieś parking znaleść, przebrać się, itd, itd, więc mi się odechciało i byłam całkiem zadowolona z wymoczenia nóg w zimnym strumieniu przy parkingu.