Blankenstein
Dzisiaj wycieczka pod Blankenstein, szczyt i okolice które tyle razy widziałam już z Wallberg, podobał mi się, ale jakoś zawsze i po raz n-ty wybierałam znowu Wallberg. Bo blisko, łatwo zaparkować, a jak się jest leniwym to można nawet w dół kolejka zjechać.
No ale nadszedł ten dzień, że już nie chciałam znowu spotkać tych tłumów niedzielnych turystów i pojechałam bardziej w dzicz. Wycieczka jest ogólnie krótka (4 h) i nie za wysoka (lekko powyżej 800 m tylko trzeba wejść). Spodziewałam się ładnych widoków, ale nie aż tylu!
Na początek idzie się trochę asfaltem, Ale później już same piękne ścieżki przez łąki i lasy. Przy pierwszej bacówce zatrzymałam się na śniadanie, bonusowo ciasto z rabarbarem i truskawki.



Dalej szło się przez łąki z tysiącami kwiatów, obok bacówek, trochę przez las, aż tu nagle w oddali wyłaniają się palce skalne! Podeszłam bliżej, była tam ładna kapliczka i ten widok! A w dole turkusowe jeziorko.






Dalej tak naprawdę pomyliłam szlak i zaczęłam trawersować żleb, a powinnam troche inaczej iść. Trochę śniegu było i udało mi się nawet na jednym płacie zapaść po kolana, ale jakoś dałam radę wygramolić się na przełęcz.




A po drugiej stronie przełęczy jest chatka ratowników górskich zawieszona na skałach i poszłam sobie przy niej odpocząć. Przyszła do mnie kuna! Bardzo ładna, ale bardzo płochliwa. Chodziła dookoła mnie i co raz z innej strony obserwowała mnie zza skałek, ale wystarczyło tylko mrugnąć i znów się chowała.




Zaczęło się zejście i już myślałam, że to w zasadzie na tyle widoków, aż za drzewami widzę dwa jeziorka! Zeszłam do nich, bo były wyjątkowo piękne.




Dalej idzie się już wzdłuż strumienia, za jakiś czas zaczyna się znowu asfalt, ale na końcu drogi jest wodospad i to nie byle jaki, bo ze skrzynką pocztową do Matki Boskiej 😀 Zjadłam lunch, popatrzyłam się na wodę i tak się skończyła moja szybka wyprawa.


